| tribesmanblog |
|
Bruno Bruno był typem lubiącym spokój i ciszę. To wiemy o nim na pewno. Sam zdawał sobie sprawę, że jest wyluzowany i powolny. Ta powolność jednak nie była mu zawsze pomocna. Przeciwnie, była utrudnieniem. Zwykle, gdy coś ważnego działo się w pobliżu, widział wydarzenia jakby był widzem w kinie, w którym film jest wyświetlany z podwójną prędkością. W niektórych przypadkach nie mogło być mowy o ingerencji w dziejące sie swoim rytmem wydarzenia. Do niedawna Bruno żył w zgodzie ze swoim efemerycznym ale jednak dość jednorodnym planem dnia. Załatwiał swoje sprawy od wczesnego poranka, chodząc do miejsc do których miał pójść i spotykając się z kim miał ochotę lub, co częściej, z kim musiał. Nigdy nie tracił swojego cennego czasu na bezcelowe spotkania ani rozmowy z kimkolwiek, kogo uważał za nudziarza albo kto nieprzyjemnie pachniał. Wiedział, że to być może nie do końca politycznie poprawne, ale takie miał zasady. Wszystko zmieniło się dramatycznie pewnego południa we wczesnym październiku. Był właśnie w drodze do centrum i spacerując rozglądał się za miejscem, w którym mógłby się zatrzymać na obiad. Wtedy właśnie spotkał pana Yonga po raz pierwszy. -Czy ma pan na imię Bruno? - Yong zapytał wprost, nie udzielając dodatkowych wyjaśnień ze swej strony, nie mówiąc też dzień dobry. -Tak, rzeczywiście, mam tak na imię - odpowiedział Bruno zgodnie z prawdą - Ale mógłby mi pan też wyjawić swoje imię, jeśli to nie tajemnica. -Nazywam się Yong i niedawno przyjechałem z Chin. -A dokładniej, skąd w Chinach? - Bruno stał się momentalnie zaciekawiony, bo w jego rozumieniu Chiny były dużym krajem a zatem odrobina geograficznego uściślenia wydawała się wskazana. Być może sprawiłoby to, że pan Yung przestałby być tak tajemniczy. -Chiny centralne - odrzekł - Sam ich środek. Chiny często są nazywane państwem środka. Więc jeśli się tam jest, warto wiedzieć dlaczego i ten środek zobaczyć. Wyjaśnienia nie usunęły aury tajemniczości jaką udało się roztoczyć panu Yongowi wokół swej osoby. Mówił za to dalej dość przyjacielskim tonem: -Może zje pan razem ze mną? Widzę, że rozgląda się pan za miejscem, gdzie można smacznie zjeść. A zanim pan zapyta skąd o tym wiem, spieszę z wyjaśnieniem, a jest ono takie: Obserwuję pana od jakiegoś czasu. Znam zatem doskonale wszystkie pańskie zwyczaje. Ale może o tym później. Tak się składa, że oprócz pańskiego rozkładu zajęć znam również doskonałą chińską restaurację niedaleko stąd. Stało się tak, jak zaplanował Yong. Poszli razem do chińskiej restauracji, nota bene bardzo dobrej i zajęli się jedzeniem. Bruno nie znał nazw potraw, więc brał to co wyglądało najapetyczniej. Nie był też przy posiłku zbyt rozmowny a tylko obserwował swojego nowego towarzysza. Wydarzenia zaczęły znów niebezpiecznie przyspieszać i zaczął się obawiać, że nie będzie w stanie uchwycić ich wszystkich wraz z ich znaczeniem. Mimo tej niedogodności w głowie Bruna zaczęło rodzić się kilka pytań. Jedno z nich uformowało się w myśl i powędrowało do ust, które rozchyliły się z intencją mowy. -Widzę, że chciałby pan o coś zapytać - powiedział Yong - ale powiem panu wszystko o czym powinien pan wiedzieć. Nie ma potrzeby zadawania żadnych pytań. W istocie wszystko jest bardzo, ale to bardzo proste. Zrobił znaczącą przerwę ale Bruno nie odkrył jakie znaczenie kryła. Yong napił się wody zwilżając usta przed dalszą tyradą. -Moim zadaniem będzie teraz ściganie pana a pańskim uciekanie. Ma pan dokładnie tydzień aby się do tego przygotować. To będzie zupełna odmiana w pana życiu. Całkowicie inna jakość. Yong przerwał, wrócił do jedzenia a po krótkiej chwili pochylił się trochę do przodu i wyszeptał z uśmiechem: - Uwierz mi. Bruno nic nie powiedział. Patrzył tylko na Yonga zupełnie bez wyrazu. Powoli zaczął zdawać sobie sprawę, że po raz kolejny, mimo solennych obietnic dawanych samemu sobie marnował swój czas. Co więcej, jego interesujący początkowo rozmówca robił się coraz bardziej nudny co stawało się nie do zniesienia. Świat jest pełen nudziarzy, którzy sądzą, że mają coś do powiedzenia a w rzeczywistości okazuje się, że są puści w środku jak kubeł na śmieci. Bruno lubił to porównanie, bo rozumiał że kubeł na śmieci bywa pusty ale bywa też wypełniony zawartością, która jest w zasadzie bezużyteczna. Moglibyśmy rzec jeszcze coś więcej o procesach myślowych przytrafiających się mu od czasu do czasu, lecz nie jest to odpowiedni moment, bowiem Yong chce powiedzieć coś jeszcze: -Czy rozumiesz, co powiedziałem? - zapytał siląc się na zmartwioną minę -Musisz to dokładnie przemyśleć. Yong zakończył swoją wypowiedź nieoczekiwanym ziewnięciem. Wstał i przeciągnął się. Minąwszy puste i do połowy pełne kubły, podszedł do ściany restauracji, podniósł ogon i zaznaczył ją swoim zapachem. Bruno nie powiedział ani słowa. Odwrócił się, wskoczył na pobliski murek i odszedł. tribesman 2010-12-15 10:24:02 skomentuj (3) Bilans 1. Kościół był stary i odrapany, z czerwonej cegły. Pamiętał przełom stuleci. Wewnątrz wierni mogli podziwiać figurki matki boskiej, różnych świętych poustawianych w nawach i na ołtarzu oraz zakurzone witraże wpuszczające niemrawe, brunatnożółte światło w mocno słoneczne dni. Dom boży sąsiadował z domem jego sługi, który właśnie budził się z długiego i niespokojnego snu. Słyszał już, że ktoś kręci się po korytarzu ale nie otworzył jeszcze oczu. Obudziło go doszczętnie pukanie do drzwi. - Wejdź, wejdź - powiedział niechętnie i usiadł na łóżku. Do pokoju weszła kobieta w średnim wieku i od razu zaczęła po swojemu. - Pochwalony, dobrodzieju! Jak się spało? Diabli się nie śnili? - Pochwalony. Co ty mi tu z diabłami znowu? Przez ciebie mi się śnią pewno, jak się domyślam. Kobieta zaczęła podlewać kwiaty małą plastikowa konewką i powiedziała znów energicznie. - Dziś sobota, zakupy trzeba zrobić na targu. Mało już jedzenia macie w spiżarni. Wino się kończy też. - Wino? - zapytał zaciekawiony. - No trzeba...trzeba iść. To już nic nie ma? - Nic - odparła pozbawiając go złudzeń. Niezrażony sięgnął pod łóżko i wyjął niepełną butelkę. Nalał sobie do szklanki, wypił i uśmiechnął się. - Bartkowiakowa była? - zapytał. - Nie, nie było jej. A miała przyjść? - Jakże to: miała przyjść? - przedrzeźniał jej głos. - Przecież wiedziała, że msza za męża już odprawiona. Przyszła wyfiokowana, jakby na salony. Siedziała w pierwszej ławie - Podniósł do góry wzrok, tak jakby chciał sobie coś przypomnieć i napił się - ale na mszę ciągle nie dała. Przyniosłaby chociaż kurę albo kopę jaj przynajmniej. - Przyjdzie. Wielkanoc już niedługo, więc i wyspowiadać się musi. Jałówki kupiła i kurczęta. Na mszę pewnie da. - A ty, widzę wszystko wiesz. - Ano wiem. Pracuję u różnych to i wiem co gdzie się dzieje. - A może o mnie też gawędzisz po miasteczku? - żachnął się ze zdenerwowaniem. - Co jadam, kiedy spać chodzę, kogo widuję? - No co też ksiądz. - przeżegnała się. - Niech Bóg broni. Weszła na krzesło i zaczęła zdejmować żółtawą firanę. Kiedy zrzuciła ją na dół zeszła i wzięła nową, którą przyniosła w miednicy. - No a Szmaniak? Do kościoła nie chodzi. Co z nim? - Siedzi w domu i nosa za drzwi nie wychyla. Kto go tam wie, stary wariat. Z nikim ponoć nie rozmawia. - Co go ugryzło? Może sobie nie rozmawiać, jeśli wola ale z panem Bogiem na mszy chyba mógłby. Co on myśli, że pan Bóg sam do niego przyjdzie i o posłuchanie poprosi? A może myśli, że ja sam się do niego wybiorę pytać? - Ja tam nie wiem - odpowiedziała kobieta - ale dziwne to dla mnie jest. Ach byłabym zapomniała! Kobieta włożyła rękę do kieszeni i po chwili wyciągnęła małą karteczkę. - To dla was, księże. Dostałam od jakiegoś dziwacznego konnego w miasteczku. - Pokażcie - Zainteresował się i podszedł bliżej. Chwycił szybko karteczkę, rozwinął ją i przeczytał. Było tam tylko jedno słowo. Wypuścił ciężko powietrze i usiadł znów na łóżku. Widać było jak jego twarz robi się jeszcze bardziej szara i zmęczona. - Możecie iść. Na dziś praca jest skończona. - Ale proszę księdza! Jeszcze firany i kwiaty... - Idź do cholery! Bardzo cię proszę. Na te słowa kobieta zostawiła wszystko, odwróciła się na pięcie i wyszła. Trzask zamykanych drzwi brzmiał jeszcze długo w głowie wielebnego, tak jakby odbijany przez ściany budowli wędrował od jego pokoju przez korytarze nawy, ołtarz i dzwonnicę i wracał do niego wielokrotnym i złowieszczym echem. 2. Sklepikarz był spokojnym i opanowanym człowiekiem. Niczym się nie denerwował i nic nie mogło go wyprowadzić z równowagi. Nawet nieprzewidywalne i pożałowania godne zachowanie jego córki. Siedział sobie oto na swoim miejscu pracy, jak gdyby nigdy nic, otoczony przez artykuły spożywczo-przemysłowe i przeróżne przedmioty, służące jako asortyment w małomiasteczkowym sklepie. Zadziwiała ich różnorodność i rozpiętość zastosowań. Było wszystko czego może potrzebować porządna gospodyni. Jego duma, aparat telefoniczny, wisiał na ścianie po prawicy swego właściciela. Był to stary model, wielkości sporej budki dla ptaków albo zegara z kukułką, co w sumie na jedno wychodzi. Na środku koło z cyframi do wykręcania a z boku wisząca na widełkach słuchawka. Od słuchawki do telefonu właściwego prowadził kabel poryty szarą tkaniną. W pewnym momencie, jak można się domyśleć, telefon zadzwonił wypełniając sklepik brzęczeniem blaszanych dzwoneczków. Sklepikarz popatrzył na telefon, uniósł się ze swego miejsca i odebrał. Oznajmił jak się nazywa i dał do zrozumienia drugiej stronie, że słucha tego, co będzie się do niego mówić. Rozmowa nie trwała jednak długo. Była jednakże dość treściwa, bo po kilku sekundach słuchawka zwiesiła się na swoim kablu bezwładnie, stukając parę razy o ścianę. Sklepikarz osiadł z powrotem na swoim miejscu, położył dłonie na udach i pomyślał o czymś przez chwilę. Następnie skierował wzrok ku drzwiom, wstał i podszedł do nich. Zawiesił tabliczkę głoszącą, że sklep jest zamknięty. Podszedł do kasy i za pomocą odpowiedniego przycisku sprawił, że szuflada z pieniędzmi wysunęła się z akompaniamentem pojedynczego tym razem blaszanego dzwonka. Wyciągnął wszystkie banknoty i grubszy bilon pozostawiając najdrobniejsze pieniądze w swoich przegródkach. Nie zamykał szuflady, udał się od razu na górę. Wszedł do swojego gabinetu, odsunął od ściany szafkę i odczepił mały pakunek umieszczony na jej tylnej ścianie. Rozwinął go, włożył pieniądze z kasy do środka pakunku i włożył wszystko głęboko do wewnętrznej kieszeni marynarki. Gdy schodził na dół, zatrzymał się na chwilę na drugim stopniu, odwrócił się i skierował się do pokoju córki. Otworzył drzwi bez pukania ale nie wszedł do środka. -Weź tylko najpotrzebniejsze rzeczy i zejdź natychmiast. Wyjeżdżamy. 3. - Mamo, chyba będzie znów padało - powiedział mały chłopiec. - Może będzie, może nie będzie - odpowiedziała zła matka. Siedziała w fotelu blisko kominka i miała w rękach mały kawałek tkaniny, który przebijała cyklicznie igłą. - Co to właściwie dla ciebie za różnica? - Żadna mamusiu. Nie będę tylko mógł siedzieć na podwórzu ani iść do lasu. Chciałbym jeszcze dziś pójść. Słyszałem, że widzieli znów czarne wiewiórki. Ja jeszcze nie widziałem! Nigdy! - Na pewno zobaczysz - odrzekła - Ale nie chcę, żebyś chodził sam po lesie wieczorem. Wiesz o tym. - Wiem. A niedawno byłem nad jeziorem, już wtedy padało. Widziałem koty. Dziwne, bo koty nie chodzą przecież po deszczu. A one wszystkie szły, jeden za drugim. Najpierw bury, a za nim czarno-białe, i dwie małe koteczki, te co urodziły się w tym roku. Potem rudy i ten wielki z białym ogonem. Powoli szły po tym deszczu i patrzyły na mnie czasem bo szedłem z nimi, tak, a potem gdy już były nad jeziorem, położyły się wszystkie obok siebie pod drzewem, zaraz nad brzegiem. I zasnęły przytulone. Mamo, czy ty widziałaś kiedy, żeby koty spały na deszczu? - Nie widziałam i mam nadzieję, że nie zobaczę - odpowiedziała nie przerywając kłucia. - Mam tu coś dla ciebie mamo - powiedziało dziecko i dało matce coś małego do ręki - dostałem od takiego dziwnego pana na koniu. Opowiadał takie dziwne rzeczy ale był bardzo uprzejmy. Matka rozwinęła karteczkę i natychmiast przestała nerwowo kłuć. Pobiegła do kuchni i zaczęła trzaskać garnkami. Wróciła z garnuszkiem mleka i zaczęła histerycznie krzyczeć. - Weź to mleko szybko! Leć nad jezioro do kotów i daj im. Niech wypiją wszystkie, chociaż trochę, to może pomóc. Boże, spiesz się dziecko! Wcisnęła zaskoczonemu chłopcu garnek z mlekiem i zaczęła go wypychać ku wyjściu. - Ale mamo... pada - próbował ze zdziwieniem oponować - Nie dyskutuj! Natychmiast! Chłopiec chwilę później znalazł się w środku ulewy. Stał z kubkiem mleka i nie mógł się ruszyć z miejsca. Widać było, że po jego twarzy i policzkach płyną krople. Był to prawdopodobnie deszcz. Dziecko ruszyło przed siebie ale trudno było powiedzieć dokąd się kieruje i czy planuje powrót. 4. Dom stał na obrzeżach miasteczka, blisko skraju lasu. Zbliżał się wieczór i Prins musiał poszukać jakiegoś schronienia na noc. To nie było miasteczko w którym można by było znaleźć zajazd z pokojem do wynajęcia. Przeszedł przez podwórze, zajrzał do studni, gdzie zgodnie z jego przewidywaniami czekało już jego odbicie. Czasami zdarzało się Prinsowi pukać do drzwi rękojeścią szabli, ale tym razem nie było to potrzebne. Tak czy inaczej spodziewając się otworzenia drzwi zapukać trzeba, co uczynił. Po chwili drzwi otworzyły się i stanęła w nich kobieta. Na pierwszy rzut oka maila około osiemdziesięciu lat, ale Prins nie mógł być pewien jej wieku. Kobieta spojrzała na niego nieco podejrzliwie ale po chwili doszła do przekonania, że Prins jest doskonale nieszkodliwy. - Proszę, pan wejdzie. Zgubił się? - Zapytała. - Właściwie można tak powiedzieć. Jestem w podróży i nie znalazłem noclegu w miasteczku. - Nie dziwię się wcale. - Odpowiedziała - Wiele można tam znaleźć ale nie pomoc w potrzebie. Odwróciła się i weszła wgłąb domu. Prins wszedł za nią przez otwarte drzwi.
Znaleźli się w przestronnej izbie z ładną kaflową kuchnią nad którą wisiał czajnik z gorącą wodą. Po lewej stronie przy ścianie stały kuchenne meble a pośrodku stół. Kobieta zdjęła czajnik z haczyka nad kuchnią i zalała herbatę.
tribesman 2010-03-04 08:48:44 skomentuj (4) |
::księga
gości::
Ucz się u mnie Languages Online Angielski przez Skype! Sklepik Mirabelki Odlotowe malowane torby czytam czarownica Głupawe Wierszyki Snowden 2010 grudzień marzec 2009 lipiec kwiecień luty 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec styczeń 2005 grudzień październik wrzesień lipiec czerwiec maj marzec luty styczeń 2004 wrzesień sierpień lipiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2002 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj |